poniedziałek, 9 marca 2015

Sekaiichi Hatsukoi tom 1 - Shungiku Nakamura




Tytuł: Sekaiichi Hatsukoi
Podtytuł: Przypadek Ritsu Onodery
Tytuł alternatywny: Sekai Ichi Hatsukoi - Onodera Ritsu no Baai
Autor: Shungiku Nakamura
Tom: 1
Wszystkich tomów: 9
Stan aktualny (JP): seria powstająca
Wydawnictwo: Waneko
Liczba stron: 194
Ocena: =5/6




Tytułem wstępu:
Sekaiichi Hatsukoi to manga, na której wydanie czekało naprawdę wiele osób, chociaż już chyba nie tak liczne grono naprawdę wierzyło, że jakikolwiek tytuł Shungiku Nakamury pojawi się na naszym rynku. Tę konkretną pozycję wydano między innymi po angielsku, niemiecku, a nawet francusku, jednakże w Polsce wciąż pozostawała odległym marzeniem. W końcu za sprawą wydawnictwa Waneko stał się cud, którego owoc mam okazję dla Was zrecenzować. Panie i Panowie, chłopcy i dziewczęta, oto pierwszy tom Sekaiichi Hatsukoi!

Sneak peek:
Chcąc udowodnić światu ile naprawdę jest wart, zajmujący się dotąd literaturą Onodera Ritsu jest zmuszony zmienić miejsce pracy. Za cel obrał sobie wydawnictwo Marukawa, które przyjmuje go wprawdzie w swoje szeregi, jednakże zamiast do działu z literaturą, odsyła go do gałęzi zajmującym się mangami shoujo. Biedny chłopak nawet nie podejrzewał, jak bardzo z tego powodu może skomplikować się jego życie. Trafiając do różowego piekła romansów dla dziewcząt i będąc „błogosławionym” między mężczyznami, naprawdę ma wiele powodów do narzekań. Mimo wszystko, postanawia podjąć wyzwanie, przynajmniej na okres dwóch tygodni. Sytuacja staje się niestety zdecydowanie bardziej skomplikowana, kiedy okazuje się, że uciążliwy i ekscentryczny naczelny to nikt inny, jak tylko dawny obiekt namiętnych westchnień Onodery, przyczyna miłosnej traumy i główny powód zamknięcia serca na romantyczne uniesienia. Czy może być gorzej? Oczywiście i biedny Ritsu przekona się o tym na własnej skórze.


Sekaiichi Hatsukoi sposobem na nieśmiertelność:
Jeżeli prawdą jest, że śmiech ma moc przedłużania życia, to czytelnicy Sekaiichi Hatsukoi już teraz mogą uważać się za osoby długowieczne, co jest zasługą naprawdę sporej dawki humoru, jaką tytuł ten został naszpikowany. W tym miejscu muszę oddać sprawiedliwość polskiej wersji, ponieważ nic tak nie bawi czytelnika, jak humor w rodzimym języku. Z tego też powodu, lekturze pierwszego tomu serii towarzyszy bardzo wiele pozytywnych emocji, które sprawiają, że szeroki uśmiech nie schodzi nam z twarzy nawet na chwilę. Absurd, humor i świetna zabawa – tak w skrócie możemy określić ten tom. Naturalnie pojawiają się już wyraźne zapowiedzi poważniejszych treści, które odcisną swoje piętno na tej historii, jednakże ich siła nie jest wystarczająca by zmusić nas do powagi. Możemy więc śmiać się bez zobowiązań i strachu przed złamaniem naszego czytelniczego serduszka dramatycznymi wydarzeniami. Myślę, że to istotne, ponieważ komedia traci swoje komediowe właściwości, jeśli jest zbyt ciężka. Na szczęście w tym tomie nam to nie grozi.

Stara miłość nie rdzewieje:
W mandze motyw pierwszego wielkiego uczucia nie jest niczym nowym i można go z powodzeniem znaleźć w niezliczonych tytułach różnych gatunków. Nikogo nie zdziwi więc fakt, że i tutaj odgrywa on niezwykle ważną rolę. Czy jest jednak coś, czym Sekaiichi Hatsuoi wyróżnia się na tle innych mang? Z całą pewnością i mam wrażenie, że czymś takim jest właśnie sposób, w jaki autorka odnosi się do ożywającej na nowo dawnej miłości. W tym kontekście, nie bez znaczenia okazuje się fakt, iż nasi bohaterowie pracują w dziale mang shoujo, albowiem Shungiku Nakamura ukazuje konflikt między uczuciem rodem z takiego romansu oraz męską dumą i zwyczajną upierdliwością. Wyobraźcie sobie ociekającego testosteronem bisha walczącego z plagą różowych kwiatuszków i czerwonych serduszek, które jak na złość bezustannie go otaczają – oto i obraz miłości ukazanej w Sekaiichi Hatsukoi. Czytelnik wie doskonale, że jest to tylko walka z wiatrakami, jednakże Ritsu Onodera, którego dumę i zaciętość uosabia wspomniany przed chwilą boski przystojniak, to typ beznadziejnie uparty i będzie bronił się wszelkimi sposobami przed tym romantycznym uczuciem, będącym mu kulą u nogi. Krótko mówiąc, istna manga shoujo w krzywym zwierciadle.


Ja z kasztana, ty z kasztana...”, czyli bohaterowie:
O postaciach kreowanych przez Shungiku Nakamurę powiedzieć można wiele, jednakże najistotniejsze wydaje mi się to, że autorka doskonale wie, w jaki sposób sprawić by czytelnik zwyczajnie uwielbiał jej bohaterów. W Sekaiichi Hatsukoi widzimy szablon, według którego powstają – młodzi, interesujący, łatwo ulegający silnym emocjom, a do tego naprawdę zabawni – oraz wyczuwamy tę ulotną magię, która rozbudza w nas szczerą sympatię względem nich. Przykładem może być już sam Onodera Ritsu, który chociaż inteligentny, ambitny i czarujący, jest również chodzącym gniewnym osłem, co budzi w czytelniku instynkt macierzyński. Z drugiej strony pojawia się postać Masamune Takano, utalentowanego, niezwykle bezpośredniego i nieprzebierającego w środkach tyrana, który odkrywa naszą sadystyczną naturę, sprawiającą, że naprawdę lubimy patrzeć, jak stawia pod murem biednego Ritsu. Powiedzcie sami, jak tu ich nie kochać?

Kolorowe kredki”:
Sekaiichi Hatsukoi to pierwsza na naszym rynku manga Shungiku Nakamury, toteż wypada poruszyć kontrowersyjny temat kreski, o której chyba już od dawna krążą miejskie legendy. Styl mangaki jest bardzo charakterystyczny, jako że proporcjonalność ludzkiego ciała zostaje u niej zachwiana w sposób niezwykle specyficzny. Jej bohaterowie słyną przede wszystkim z bardzo dużych dłoni, co z powodzeniem zauważamy w tym tomie. Czytelnik nieprzyzwyczajony do tej kreski poczuje zapewne ból w sercu, jednakże z czasem przyzwyczai się do tych „proporcjonalnych nieścisłości” i przestanie zwracać na nie uwagę. Podobnie ma się sprawa z nogami jak pieńki i innymi graficznymi kwiatkami. Mimo wszystko, styl nie jest najgorszy i naprawdę da się to przeżyć, czego dowodem jest ogromne grono fanów mangaki. Do tematu warsztatu artystycznego pani Nakamury na pewno jeszcze powrócę przy okazji kolejnych tomów, ponieważ jest tu sporo do napisania, a zdecydowanie lepiej będzie poprzeć to konkretnymi przykładami zamiast wybiegać w przód.


Magia słów?:
Co nieco muszę napisać również o tłumaczeniu, jako że w pewnym momencie naprawdę zaczęło przykuwać moją uwagę. Tym, co podczas lektury narzucało się niemal nachalnie był brak jednolitości w wypowiedziach. Chodzi mianowicie o fakt, iż z jednej strony pojawiają się całkiem normalne, chociaż często potoczne dialogi, zaś z drugiej możemy zaobserwować wręcz przesadne nagromadzenie fraz slangowych, które przejdą niezauważone, gdy sprawa dotyczy postaci współczesnego nastolatka, jednakże padając z ust mężczyzny 25+ zgrzytają jak piasek w zębach. Narzuca się więc pytanie, czym kierowały się panie tłumaczki: własnym doświadczeniem zawodowym, a może przewidywanym wiekiem czytelników? Naprawdę chciałabym to wiedzieć, ponieważ czytając Sekaiichi Hatsukoi czułam się niewyobrażalnie staro, a przecież nie dobiłam jeszcze do trzydziestki. Mam cichą, choć niewyobrażalnie ogromną nadzieję, że w przyszłych tomach ton tłumaczenia ulegnie zmianie i będzie łatwiejszy do strawienia dla czytelnika dojrzalszego.

Tak więc...:
Sekaiichi Hatsukoi jest jakie jest i prawdę powiedziawszy, czytelnik albo tę pozycję uwielbia, albo omija ją wielkim łukiem. Z pewnością nie możemy tu mówić o mandze wielkich lotów, ale mamy do czynienia z tytułem podbijającym serca humorem i lekkością, który sprawdzi się idealnie w sytuacjach kryzysowych, kiedy to pragniemy odreagować jakoś stres codzienności. Osobiście jestem zwolenniczką tej mangi i naprawdę ją polecam, ponieważ jest niezawodną komedią z wyraźnie rysującym się wątkiem yaoi.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz